VII Dąbrowski Półmaraton

Square

41 dni do startu

Przyszła pora na prawdziwy trening. Poważne sprawdzenie czy trening ma sens. VII Dąbrowski Półmaraton w tym roku wypadł 06.04.2014. Było to świetny termin, który zgrywał się idealnie z moim planem treningowym, który własnie przewidywał na tą niedzielę RUN HALFMARATON.

W sobotę wieczorem odebrałem pakiet startowy złożony z numeru startowego, czipa, fajnej koszulki okolicznościowej, żelka i 2 czarnych worków z moim numerem na depozyt.

dabrowski polmaraton

W niedzielę rano razem z kuzynem stawiliśmy się pod Halą „Centrum” w Dąbrowie, gdzie przygotowano biuro zawodów i metę. Na start przewieziono nas autobusami miejskimi. Jechaliśmy (1000 zawodników) w konwoju złożonym z 10 autobusów podzieleni wg numerów startowych po 100 w każdym autobusie do punktu startowego na drugim końcu Pogori. Tego dnia była pogoda sprzyjająca wyścigom – słoneczne niebo i orzeźwiający wiatr od zbiorników wodnych.

Planowałem przebiec wyścig najlepiej i poprawić mój wynik 1,35h z poprzedniego półmaratonu w Bytomiu (10.2013r.). Nie byłem jednak pewny, czy dam radę powtórzyć ten wynik. Wydawało mi się, że ostatnio byłem lepiej przygotowany kondycyjnie, po dobrze przepracowanym sezonie rowerowym. Wydolność i wytrzymałość miałem bardzo dobrą , jedynie nogi nie przyzwyczajone do biegania. Teraz przystępowałem do biegu po zimie, czyli słabszym trenowaniu, jednak w trakcie regularnego planu treningowego tylko do biegania i to biegania maratonu. Nogi miałem przygotowane lepiej, ale też bardziej obolałe. Wiele rzeczy było niepewnych i trzeba było się sprawdzić.

polmaratons

Przed samym startem zjadłem żel, który dawał największy efekt działania po 40-50 min. biegu. Wystartowałem spokojnie z 1 min. straty do pierwszych zawodników, a było ich 965. Kiedy przebiłem się przez tłum zacząłem ustawiać tempo biegu. Na początku pewnie trzymałem 4,30m/km, jak wskazywał mój pulsometr. Po biegu zobaczyłem, że pulsometr był nieskalibrowany i zjadł mi 1 km, czyli na prawdę biegłem około 4,15-4,20. Wiał wiatr więc chowałem się za grupkami ludzi i czasem musiałem trochę podciągnąć do następnej grupki, żeby wiatr mnie nie spowalniał. Na pierwszym bufecie nie zatrzymywałem się, bo była tylko woda – na szczęście niegazowana i w buteleczkach. Złapałem jedną i połowę wypiłem biegnąc, a resztę wylałem na siebie, żeby schłodzić organizm, co przyniosło mi ulgę.

W końcu złapałem jedną dziewczynę, która biegła właśnie moim tempem i siadłem jej na ogonie. Wyprzedzaliśmy cały czas, niektórzy się do nas podłączali, ale potem odpadali. To był bardzo dobry etap, szliśmy jak burza. Na kolejnym bufecie stanąłem, żeby wypić 2 kubeczki izotonika nie oblewając się przy tym i zabrałem butelkę wody, którą znowu do połowy wypiłem biegnąc, a resztą się schłodziłem. Było mi już ciepło, puls cały czas 173-4, tempo 4,20. Musiałem trochę podgonić, bo na bufecie prowadząca mi trochę uciekła około 30 metrów, ale po jakimś czasie udało mi się, zmniejszając powoli różnicę, znowu ją dogonić.

Na ostatnim checkpoincie ktoś krzyknął, do prowadzącej, że jest 3 dziewczyną, co ją trochę uskrzydliło i podkręciła lekko tempo.   W końcu na 3 bufecie na 16 km uciekła mi. Tym razem nie udało mi się już jej dogonić. Musiałem poprawić sznurówki z czipem, bo się rozwiązał but, znowu 2 izotoniki butelka i gaz do rpzodu. Ostatni etap miał kilka podbiegów i końcówka prowadziła główną drogą z Gołonogu do centrum Dąbrowy. Nie czułem żadnego bólu, ale spadała mi ochota do biegu, albo nie miałem pilotki, która by trzymała tempo 😉 Puls mi spadł do 169, i tempo też do 4,50. Czyli jakby siłę miałem, ale ogólne zmęczenie organizmu dawało się coraz bardziej we znaki, może brakło żelka na finisz? Po męczącym podbiegu został ostatni kilometr po parku. Dałem z siebie wszystko co widać na załączonym zdjęciu (to ja ten z tyłu, wyciskam resztki sił na finiszu przed metą):

META

Jest życiówka! Poniżej WYNIKI:

Miejsce w Open: 142 na 960 zawodników
Miejsce w kategorii M30: 63
średnie tempo: 4:25min/km
średnia prędkość: 13,6 km/h
Czas netto z czipa: 01:32:23

Zrobiłem wszystko na maksa, na tyle mnie było stać, wszystko poszło zgodnie z planem. Kluczem było trzymanie szybkiego tempa, dzięki prowadzącej. Nie udało mi się przekroczyć bariery 1,30h, ale niewiele brakło. Poprawa życiowego rekordu o 3 min.

Zapamiętam najlepiej z całego wydarzenia moment, kiedy wbiegam na metę i widzę zegar z czasem lepszym niż ostatnio, potem padam prawie na kolana i ktoś zakłada mi na szyje medal (za udział – każdy zawodnik dostał), ktoś inny podaje mi wodę. Padam zmęczony i szczęśliwy.

Po biegu poszliśmy się przebrać, potem pastaparty, bananek, kawka. Są bardzo optymistyczne rokowania na Cracovia Maraton 2014.